14 stycznia 2021 by Jadwiga W

Jazz nieulotny – wernisaż wystawy fotografii Maciej Kanik

8 stycznia 2021, Cechownia

Miłość do fotografii muzycznej. Skąd się to wzięło?

Jerzy Batycki: Maćku, jestem zachwycony wystawą, bardzo się cieszę, że mnie tutaj zaprosiłeś. Przepiękne miejsce, wspaniałe. Myślę, że z dużym potencjałem również koncertowym. Ale to ty jesteś dzisiaj gwiazdą. To twój dzień, wernisaż twojej wystawy. Maćku, z Zadymką jesteś związany od wielu lat.

Maciej Kanik: Od dziesięciu.

JB: Powiedz, skąd u ciebie ta pasja do fotografii? Skąd się to wzięło? Przecież  pracujesz w zupełnie innej profesji, zajmujesz się zupełnie czymś innym.

MK: Fotografia była w moim życiu od zawsze dzięki tacie. Zenit, Smiena, Minolta kupiona na studiach w Szkocji. Miłość do tej fotografii muzycznej narodziła się podczas koncertów, w których uczestniczyliśmy z Anetą – moją żoną – bardzo intensywnie. No i postanowiliśmy w pewnym momencie zabierać te chwile ze sobą, dzielić się nimi i zarażać pasją do muzyki coraz szersze grono. Stąd ta miłość do fotografii i pomysł na połączenie jej z muzyką.

JB: Tutaj większość widziałem zdjęć muzyków jazzowych, ale z tego, co wiem, fotografujecie razem z Anetą muzykę w ogóle. Jesteście pochłonięci tą fotografią muzyczną, nie tylko jazzem.

MK: Tak tak, i nie tylko fotografią muzyczną. Realizujemy również projekty dokumentalne, natomiast w zakresie fotografii muzycznej bywamy na Off Festivalu, bywamy na festiwalu Colours of Ostrava w Ostrawie, na Rawie Blues, no i na wszelkich możliwych wydarzeniach muzycznych w okolicy, które nie mają charakteru komercyjnego.

 

Ważny jest kontekst

JB: Czyli ciągnie was do ludzi. To z resztą widać w tych zdjęciach, że pasjonuje ciebie nie tylko sama muzyka, nie tylko sam muzyk, ale równocześnie cała ta otoczka, cała atmosfera, cała kuchnia, bałagan czasami. Fotografujesz ludzi podczas prób. To są unikatowe zdjęcia.

MK: Dla mnie ważny jest kontekst, nie tylko to, co finalnie odbywa się na scenie, ale również publiczność, również to, co dzieje się przed i po koncercie. Z fotografowaniem publiczności problem polega na tym, że nie zawsze oświetleniowcy dostarczają nam odpowiedniej ilości światła, żeby dobrze sfotografować publiczność. Ale tam też dzieje się magia, tam też są emocje. Dlatego łatwiej nam się to robi na koncertach plenerowych, gdzie mamy naturalne światło i możemy łapać te emocje i tą magię, która tam się odbywa.

JB: My przy okazji Zadymki zrobiliśmy kiedyś wystawę, której tematem byli nie muzycy, tylko właśnie widownia. Zebraliśmy kilkadziesiąt zdjęć, wystawa była bardzo ciekawa. Takie spojrzenie jest tą wartością dodaną do koncertów, bo zazwyczaj uwaga publiczności jest skupiona tylko na artyście, a nie widzi często tego, co się dzieje wokół.

MK: My traktujemy publiczność na równi z artystą, tylko – tak, jak wspomniałem wcześniej – jest to trudne ze względów oświetleniowych.

 

Tajniki fotografii koncertowej

JB: Ty mówisz tutaj o kwestiach technicznych, ma których ja się za bardzo nie znam, ale patrząc na te zdjęcia, widziałem różnego rodzaju zabiegi w postaci nakładania zdjęć. Może powiesz coś o tych technikach, tajnikach fotografii koncertowej?

MK: Staram się przekazać na fotografii to, co czuję, słuchając muzyki. Bardzo istotne jest to, żeby być w temacie, żeby być człowiekiem z wewnątrz. Zdjęcie jest wtedy prawdziwe, kiedy wejdziesz mocno w temat. I żeby pokazać ten flow, często korzystam z podwójnej ekspozycji, gdzie nakładam dwa zdjęcia na siebie i pokazuję ten ruch, tę energię, która jest w tej muzyce. Zdjęcia statyczne, sam portret artysty bez kontekstu, bez zabiegów artystycznych, jest może nie nudny, ale jest słaby. Nie pokazuje tej energii, tego koloru, tej muzyki.

 

Konflikt na granicy

JB: Ja patrzę na fotografię z punktu widzenia naszego festiwalu, trochę w inny sposób, bo zazwyczaj fotograficy na festiwalu bardzo przeszkadzają publiczności. I tu jest jakiś wewnętrzny konflikt podczas imprezy, bo koncerty robi się dla publiczności. To publiczność kupuje bilety i publiczność wymaga, żeby to było to misterium, za które zapłaciła i na które przyszła, i którego jest uczestnikiem. I nagle pomiędzy muzyka a widownię wkracza fotografia. Wkraczają ludzie z tymi bagnetami, plecakami bardzo często. Na naszym festiwalu my jesteśmy wyjątkowo otwarci na współpracę z fotografikami, powiem za chwilę, dlaczego. I oni wkraczają i to jest ten konflikt. Ja, jako osoba organizująca festiwal, bardzo często zbieram różnego rodzaju skargi od publiczności. Ale mijają lata i przychodzi się na taką wystawę i dopiero wtedy można zrozumieć, dlaczego, po co warto wpuścić na 5-10 minut tych szalonych fotografików, którzy biegają pod sceną, żeby złapać najlepsze ujęcie. I na takich właśnie wystawach to widać.

MK: Tutaj jest to również dla nas problem, obostrzenia organizatorów czy samych muzyków. Natomiast naszą rolą jest też szacunek dla publiczności. My – jako fotograficy – musimy to rozumieć. My musimy pamiętać o tym, że z tyłu, gdzieś za naszymi plecami, jest człowiek, który zapłacił za bilet i przyszedł tego koncertu posłuchać. Musimy odpowiednio się ustawić, wybierając odpowiednie momenty na zrobienie zdjęcia, no i z tym bywa różnie. Sam jestem świadkiem pewnych sytuacji bardzo dwuznacznych., niekorzystnych dla organizatora, ale staramy się ten szacunek zachować i robić to tak, żeby było i dobre zdjęcie i widz zadowolony. Koncerty jazzowe wymagają zrozumienia muzyki i większego skupienia. Koncert rockowy czy reggae jest z założenia bardziej kolorowy i jest tam więcej energii, łatwiej jest złapać dobrą klatkę. Jazz wymaga większego skupienia i zrozumienia muzyki, my czasami wiemy już wcześniej, co się wydarzy i jesteśmy w stanie dzięki temu w odpowiednim momencie nacisnąć migawkę, bo znamy utwory, znamy muzykę, czujemy muzykę, kochamy ją.

 

Kaniki zostają do końca

JB: Jazz jest nieprzewidywalny często, przez improwizację. Więc trudno jest więc przygotować się na ten jeden moment, bo on może pojawić się każdej chwili.

MK: On się pojawia wtedy, kiedy nie możemy już fotografować i to jest najgorsze. Często jest tak, że mówią o nas – o mnie i o mojej żonie, która robi to samo – iż Kaniki zostają do końca, Kaniki czują muzykę. Często jest tak, że przychodzą fotoreporterzy, żeby zrobić jedno zdjęcie na samym początku koncertu i nagle znikają. I nie ma ich wtedy właśnie, kiedy są te momenty, kiedy jest ta improwizacja, kiedy muzycy zaczynają rozmawiać instrumentami ze sobą, kiedy są te prawdziwe emocje. Nie ma już tych ludzi. I zostają wtedy Kaniki. Dlatego Kaniki mają dobre zdjęcia.

JB: Bo to jest jednak rodzaj pewnych wzajemnych relacji, rozmowy. Jest odbiorca, jest nadawca, jest jakaś relacja pomiędzy. Jeżeli się jest osobą z zewnątrz, która przychodzi na chwilę zobaczyć, a nie wejdzie w ten dyskurs, to nigdy chyba nie będzie mieć szans na to, żeby uchwycić sedno tej rozmowy i tego wydarzenia, w którym bierze udział.

MK: Nigdy to nie będzie prawdziwe i uważny odbiorca zauważy, że to jest powierzchowne. Ja zastanawiam się, Jerzy, nad historią festiwalu. Ja jestem z Bielską Zadymką od 10 lat i zawsze interesowała mnie, skąd pomysł na sam festiwal i skąd pomysł na nazwę.

 

Początki jazzowej zadymki

JB: Wszystko się zaczęło w Piwnicy Zamkowej. Ja jestem aktorem, reżyserem, w związku z tym wydawało mi się, że będę tam robił teatr, kabaret, piosenkę literacką, aktorską i tym kierunku zaczęliśmy początkowo zmierzać. Ale w naszej grupie była spora liczba muzyków jazzowych, po Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, no i oni po prostu zaczęli grać jazz w Piwnicy co piątek. Okazało się, że jak my musimy przygotowywać spektakle miesiącami czy tygodniami, to oni wchodzą na scenę i grają. I nagle okazało się, że to oni nas zdominowali. Publiczność waliła drzwiami i oknami. Klub stał się bardzo modny. Wolny czas spędzała tam cała bohema bielska i nie tylko bielska, bo zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski. No i w pewnym momencie klub był już za mały i trzeba było znaleźć jakiś inny sposób realizacji tej naszej ekspresji jazzowej. Powstał pomysł: Zróbmy festiwal! Siedzieliśmy przy takim naszym magicznym, okrągłym stoliku. Zróbmy festiwal. No dobrze. No ale kiedy? W zimie! – jeden z muzyków mówi. W zimie, bo w zimie nic się nie dzieje! Super! No to jak w zimie, to niech to będzie zadymka jazzowa.

MK: I stąd pomysł na Bielską Zadymkę. Co w takim razie z teatrem? On został zdominowany przez jazz?

JB: Powiem szczerze, że był taki okres, że i organizowałem festiwal i byłem czynny jako dyrektor Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, czy reżyserowałem w Koszalinie. Był taki jeden festiwal, kiedy w tym samym czasie reżyserowałem Happy End Brechta / Weilla w Szczecinie, i były próby do godziny 22.00, po czym łączyliśmy się przez Skype i organizowałem Festiwal do rana. /śmiech/ Ale teatr zawsze we mnie pozostanie, z tym, że w tej chwili pochłonęła mnie muzyka i jest to taka miłość, że chyba już na całe życie.

 

Pikanteria kuchni festiwalowej

MK: Wspominałeś wcześniej o kuchni festiwalowej. My tej kuchni tak do końca nie mamy sposobności fotografować, a tam na pewno też dzieją się ciekawe rzeczy.

JB: Mam tutaj właśnie wydawnictwo, które wydaliśmy z okazji 20. edycji naszego festiwalu. To jest wydawnictwo, które jest tak skomponowane, że zaprosiliśmy różnych ludzi, którzy mieli do czynienia z naszym festiwalem, do tego, żeby powspominali, poopowiadali anegdoty. Jest to przeplatane również recenzjami, jest bardzo dużo zdjęć, również twoje. I tutaj znajduje się mnóstwo pikantnych opowieści. Ja szczególnie lubię jedną anegdotę à propos Dee Dee Bridgewater, znakomitej wokalistki. Nasi przyjaciele zadymkowi, taka stała publiczność, byli na koncercie Dee Dee Bridgewater w jednym z klubów europejskich, chyba był to Londyn, czy Paryż. Po koncercie dostali się za kulisy, podchodzą do Dee Dee i pytają ją, czy pamięta, bo oni byli na jej koncercie w Bielsku Białej, na Bielskiej Zadymce Jazzowej. Ona mówi: „Tak, pamiętam ten piękny teatr i żurek, i ten żurek!” Halo? Jaki żurek? O co chodzi? „Czy pani jadła jakąś zupę, taką polską, tradycyjną?” A ona mówi: „ Nie, nie, nie! Żurek (Jurek) Batycki!” Z resztą przeurocza postać. Jeśli chodzi o Dee Dee Bridgewater, to mogę powiedzieć, że ona wszędzie jeździ ze swoim maleńkim, białym pieskiem, który towarzyszy jej wszędzie. I przyjechała z nim również oczywiście do Bielska – Białej. Zamieszkała w Hotelu Prezydent. Teatr Polski był wtedy po remoncie. Szczycił się tym, że ma nowiusieńką scenę, taką scenę, co to jest świeżutko pomalowana i wszyscy bali się, że jak przyjdą ci muzycy jazzowi, to zniszczą scenę, porysują, nie wiadomo, co się tam stanie. No i wchodzi Dee Dee. Przyjeżdża na próbę i puszcza swojego pieska. Piesek tam biega i… znaczy miejsce. Pod każdą kulisą zaczął znaczyć swoje terytorium.  W pewnym momencie cała obsługa teatru zamarła. Dee Dee podeszła do mikrofonu, zaczęła się próba i nagle, jak Dee Dee zaczęła śpiewać, wszyscy przestali widzieć pieska, widzieli już tylko Dee Dee, byli zakochani w Dee Dee, wszyscy, cała obsługa. Odwracali się tyłem do pieska, który znaczył swoje terytorium. Powiedz mi Maćku, bo jesteś od 10 lat z Zadymką. Większość z tych zdjęć, które tutaj prezentujesz, pochodzi z koncertów zadymkowych. Ja mam swoją pamięć tamtych spotkań z tymi muzykami, a ty masz swoją. Każdy z nas ma swoje wspomnienia, swoje relacje. Powiedz mi, czy są jacyś muzycy szczególnie fajni do fotografowania, szczególnie podatni do tego? Czy masz takich muzyków ulubionych?

MK: Tak, takim muzykiem niewątpliwie jest Wojtek Mazolewski. Podczas jego koncertów zdjęcia robią się same. Jego ruch sceniczny, sam image, powodują, iż te zdjęcia są kolorowe, pełne emocji. Ja mam wrażenie, że Wojtek również rozumie rolę fotografa i fotografii koncertowej i marketingu, które mu potem te fotografie robią. To jest ogromna przyjemność fotografować Wojtka Mazolewskiego. Bardzo dużo takich artystów jest również na innych festiwalach, które fotografujemy. Pamiętam choćby Florence and the Machine i Florence Welch, która poruszała się na scenie jak anioł, jeszcze odpowiednio doświetlona. Nic, tylko fotografować. Jest dużo ciekawych sytuacji i historii z tym związanych. Przykładowo Midnight Oil, legenda australijskiej muzyki. Zdjęcia po koncercie, który odbył się w Ostrawie na Colours of Ostrava, były wystawione w firmie Rectus Polska, w której pracuję. I przyjechał potencjalny kontrahent z Australii i w pewnym momencie spogląda i mówi: „O f***, this is my neighbour!” (O rety, to mój sąsiad!) Okazało się, że facet mieszkał koło lidera Midnight Oil i kilka dni wcześniej razem spędzali wieczór przy piwie.

 

Bliskie spotkania

JB: Często autorzy mają jakieś swoje anegdoty związane z poszczególnymi zdjęciami.

MK: Jest grupa artystów, których koncertów nie zapominamy. Takim koncertem był też występ grupy Shaka Ponk, również w Ostrawie. W pewnym momencie artyści przenieśli się na część przeznaczoną dla publiczności i tam odbywał się cały spektakl. Pogo wokół artysty. Samo to, jak wyglądali, to było coś niesamowitego, czego nie zapomnimy nigdy. Są też takie koncerty, których ja, szczerze mówiąc, nie potrafię przekazać, a są moimi ulubionymi. Cigarettes After Sex w Ostrawie na przykład. Trudno mi było przekazać też emocje, które towarzyszyły mi podczas spotkania z Waynem Shorterem w NOSPRze podczas próby. To było spotkanie dla mnie jak z bogiem, magiczne. Potem ja te zdjęcia z tego spotkania eksponowałem myśląc, że odbiorca odbierze to tak samo, i – niekoniecznie, nie zawsze. Nie zawsze to, co chcemy pokazać, udaje nam się przekazać na zdjęciu. To są te historie, których się nie zapomina. Plusem bycia fotografem muzycznym jest możliwość bliskiego spotkania z artystami i przeżywania emocji.

JB: Ale myślę, bo tu zauważyłem, że jeżeli chodzi o polskich muzyków, to takim ulubionym twoim obiektem do fotografowania jest też Marcin Wasilewski.

MK: Uwielbiam jego muzykę przede wszystkim. Udało mi się na jednym zdjęciu, które jest tutaj prezentowane, ukazać kontekst, co jest bardzo istotne i bardzo trudne w fotografii muzycznej, pokazać przestrzeń wokół artysty, która – mam wrażenie – wiele mówi o samym artyście.

JB: To zdjęcie z góry.

MK: Dokładnie. Tak, Marcin jest jednym z moich ulubionych artystów, również do fotografowania.

JB: No, wspomniana tu też dzisiaj Dee Dee Bridgewater.

MK: Tak, tak, energia, piękna kobieta.

 

Wyczucie momentu

JB: To jest to! Są ludzie, artyści, którzy mają taką aurę wokół siebie i to jest jakaś taka magia. Wchodzi osoba i nagle wszyscy wiedzą, że to jest artysta. Ona nie musi nic mówić, ona nie musi nawet śpiewać! To jest osobowość. No i powiedz mi, jak taką osobowość, którą odczuwamy też poprzez emocje, utrwalić na zdjęciu?

MK: Nie zawsze jest to łatwe. Tak, jak wspomniany przykład Wayne’a Shortera, którego ja czułem, mój odbiorca – już nie do końca. Uważność, obserwacja i łapanie tych momentów, chwil. Ale nie przez fotografowanie seryjne, tylko uważność i wyczucie momentu.

JB: Ale to też jest współuczestnictwo. Czyli trzeba w tym wydarzeniu uczestniczyć, żeby robić zdjęcia. Trzeba w odpowiednim momencie zrobić to „pstryk”.

MK: Jedno. Nie kilkaset, bo to nie sztuka.

 

Droga pod scenę

JB: Przy Zadymce akredytowanych jest zawsze ok. 20-30 fotografów. My co roku dostajemy ciągle nowe zgłoszenia i ciągle pojawiają się młodzi ludzie, którzy pytają:  „My byśmy też chcieli. Bardzo. Mamy sprzęt. Zainwestowaliśmy dużo pieniędzy. Chcielibyśmy się jakoś sprawdzić.” Czy masz jakąś radę dla nich, dla tych młodych fotografików? Co zrobić, jaką drogę pokonać, żeby robić takie zdjęcia?

MK: My – mam na myśli siebie i swoją żonę Anetę – dotarliśmy pod scenę zadymkową po latach fotografowania mniejszych koncertów. Uczyliśmy się tego na mniejszych imprezach. Przede wszystkim kochamy muzykę i słuchamy jej. I to jest clou. Myślę, że taki początkujący fotograf musi być pewny tego, że czuje to, co fotografuje i wtedy to będzie prawdziwe.

JB: W tej chwili sprzęt już nie jest…

MK: …nie ma znaczenia.

JB: Ma i nie ma znaczenia. Jak się ma pieniądze, to się ma wszystko w tej chwili. I to jest tak już przyjazne, tak łatwe, że każdemu się wydaje, że „Ja zrobię, ja mam świetny aparat. Wydałem kilkadziesiąt tysięcy zł. na świetne obiektywy i będę robił zdjęcia”. Czy to jest prawda, że każdy może robić zdjęcia podczas koncertu i będą one dobre?

MK: I tak, i nie. Sprzęt jest na równym poziomie. To, co mamy dostępne dzisiaj: czy to jest telefon, czy to jest aparat; czy to jest lustrzanka, czy bezlusterkowiec – one są na podobnym poziomie już. W naszej fotografii ważny jest dostęp do jasnych obiektywów z tego względu, że mamy bardzo mało światła. Bardzo ważna jest ogniskowa, która powinna być dłuższa ze względu na to, że nie zawsze pozwalacie nam dojść pod samą scenę, więc musimy fotografować z dużej odległości. Ale ja będę się upierał, że znajomość tematu to jest clou. Nieważne, czy ja będę miał telefon czy świetną lustrzankę; ja muszę znać temat i wiedzieć, jak go sfotografować, mieć na to pomysł. I wtedy to będzie prawdziwe. I wtedy to da efekt.

JB: Czyli taka puenta nam się buduje: po prostu trzeba wiedzieć, o czym się opowiada.

MK: Dokładnie tak, dokładnie tak.

JB: To nie jest tak, że przyjdzie się z zewnątrz fotografować coś, co jest nam obce. Trzeba jednak wejść w ten świat i może to jest rada dla każdego początkującego fotografika: fotografujcie to, co lubicie; to, co kochacie; to co was dotyka, interesuje – wtedy to będzie prawdziwe. W przypadku Maćka jest to z całą pewnością muzyka.

 

Przyszłość festiwali

MK: Znaleźliśmy się, Jerzy, w trudnej sytuacji ze względu na pandemię. Jak ty, jako organizator tego typu imprez, widzisz przyszłość festiwali?

JB: To jest czas przełomowy. To jest czas, który zmienia historię. To, co się wydarzyło – już z nami zostanie. Tej rany nie da się tak po prostu zabliźnić, natychmiast. Powstały nowe środki komunikacji – tzn. one zawsze były, ale teraz wyszły na pierwszy plan i ta wirtualna rzeczywistość, ten wirtualny kontakt z ludźmi stał się rzeczywistością. Zauważ, jak było do tej pory. Do tej pory było tak: „Znowu siedzisz przy tym komputerze! Wyjdź na powietrze, pobiegaj, zabaw się z innymi, szukaj kontaktu z rówieśnikami!” Nagle – co? „Siedź przy tym komputerze, ucz się, pracuj”. Nagle sytuacja wymusiła zupełnie inny przekaz, inny rodzaj kontaktu. Od otwartości do jakiegoś zamknięcia. Zadymka na przykład (festiwal) to jest istota kontaktu. Ona powstała na bazie bardzo bliskiego kontaktu, gdzieś na początku w zatłoczonej piwnicy, w zatłoczonym klubie, gdzie każdy mógł przyjść, gdzie miał muzyka na wyciągnięcie ręki, gdzie mógł z nim rozmawiać, gdzie mógł z nim wypić piwo. Jak można uzyskać taki efekt online? Chociaż znam już takie imprezy, gdzie na Zoomie spotykają się koledzy, otwierają tam jakieś trunki i po prostu spędzają czas razem. Jaka będzie przyszłość? Nie wiem. Marzę o jednym. Marzę o tym, żebyśmy mogli wrócić do momentu, kiedy przestaniemy się zajmować regulaminami, obostrzeniami, jakimiś rygorami, a zaczniemy zajmować się znowu sztuką, znowu prawdą, znowu budowaniem relacji pomiędzy muzykiem a odbiorcą, bo to jest istotą zarówno teatru… każdej sztuki. Każda sztuka powstaje w momencie spotkania. Nawet ta sztuka plastyczna – mówi się: zdjęcie wisi, jest martwe.. Nie. Ono przenosi emocje, szczególnie dla tych ludzi, którzy uczestniczyli w takich koncertach. Oni to dopiero rozumieją. Wracają emocjonalnie w ten moment zapisany na zdjęciach. Także marzę o tym. Aczkolwiek wiem, że trzeba otwierać się na nowe. Nie można się obrażać na sytuację, która staje się rzeczywistością, bo świat pójdzie do przodu i ci młodzi ludzie coś stworzą nowego. Trzeba po prostu mieć oczy i uszy otwarte, słuchać, reagować, nie obrażać się na nową rzeczywistość, tylko starać się ją zrozumieć i uczestniczyć w niej.

MK: Ja też tęsknię do tego, by wrócić pod scenę. Dla mnie ten dystans społeczny, czyli te 2 metry między fotografami, nie będzie niczym złym oczywiście, będzie wskazany.

JB: Tyle akurat obiektywy wyznaczają.

MK: Ja myślę, że dla ciebie – jako organizatora – również. Natomiast – tak, fotografia to też spotkanie między ludźmi i też jest to konieczne, żeby powstało zdjęcie, chyba że zajmujemy się martwą naturą czy produktem, to wtedy nie. Ale my fotografujemy muzykę, fotografujemy emocje, a żeby były emocje – musi być spotkanie.

JB: No właśnie, to jest podstawa: żeby były emocje, musi być jakaś relacja, musi być jakiś kontakt, musi być jakiś konflikt, musi być po prostu napięcie.

Jadwiga W
Author